|
"Oczarowałaś Me serce, siostro Ma, oblubienico; oczarowałeś Me
serce jednym spojrzeniem twych oczu..." (Pnp.4,9). Powołanie
to marzenie Pana Boga o twoim życiu. To odpowiedź na miłość Jezusa Chrystusa.
Wsłuchaj się w swoje serce...
...z
wielką ufnością przedstawiałam sprawę wyboru zgromadzenia na modlitwie. I
przyszła trochę nieoczekiwanie wyraźna odpowiedź: siostry boromeuszki w
Trzebnicy - w ich pięknym, „klasycznym” klasztorze – jak z filmu...
Pierwszym etapem był głos Boży
słyszany na modlitwie i w czasie refleksji - z jednej strony delikatny, ale
zarazem stanowczy, ukazujący wolę Boga, abym była zakonnicą. Ubiorę to w słowa:
„Chcę, mam oczekiwanie, abyś była w zakonie – tam cię widzę.” Jakże prosta
wizja! I ciągle to samo, z nieubłaganą konsekwencją.
Czemu „nieubłaganą”? Bo w tym okresie, jako 15-letnia, a
następnie 16-letnia dziewczyna (tyle trwało to „bombardowanie”), przeżywałam
swoiste rozdarcie na tym tle. Osią, linią centralną w mojej postawie było
nastawienie na bezwarunkowe posłuszeństwo Bogu, którego znałam od wczesnego
dzieciństwa, któremu ufałam, doświadczając bez najmniejszej wątpliwości Jego
miłości i opieki – większego szczęścia nad to być nie mogło. On był (i jest) ze
mną każdego dnia, przez co życie nabiera radości, sensu, kolorów. Jednocześnie
miałam prawo przypuszczać, że Pan Bóg przeznaczy mi drogę życia „typową”, w
sensie powszechniejszą, tj. małżeństwo. Nawet płynęła stąd modlitwa, aczkolwiek
nieśmiała: „Może wybierzesz dla mnie właśnie taką najbardziej popularną drogę
życia, na której będzie mąż i dzieci?”. Nie trwała owa modlitwa długo, bo głos
uświadamiający wolę Bożą stawał się coraz mocniejszy i stanowczy, jakby nie
znoszący sprzeciwu. Jakżebym była nierozsądna, gdybym tego wezwania nie
posłuchała. Wprawdzie początkowo nie odbierałam tego do końca jako wezwanie
słodkie, atrakcyjne (najwyżej w jakimś stopniu), ale krzyżujące nieco, a raczej
całkiem moje nieśmiałe założenia, wizje. Jednakże ta
prawda trwała we mnie najmocniej: nie będę szczęśliwa nie słuchając Boga,
sprzeciwiając się w czymkolwiek Jego woli. Wyobrażałam sobie przy tym
możliwe ujemne konsekwencje mojej „samowolki”: np. mąż-pijak, nie kochający,
niewierny, albo dzieci nie takie, jakie by się wymarzyło.
Poznanie, odkrycie woli Bożej co do mojej życiowej przyszłości,
odsłoniło tajemniczy plan Boga wobec mnie. Zrozumiałam, że kształtując we mnie
od najmłodszych lat postawę bezwzględnego posłuszeństwa, wypływającą, co chcę
podkreślić, najbardziej z zaufania i miłości (bardziej niż z bojaźni), będzie
łatwo liczył, oczekiwał na moje „tak”. Znał mnie na wylot i nie zawiódł się, z
czego i ja się cieszę – że On jest zadowolony, a ja odnoszę wciąż wielki duchowy
pożytek na drodze Jego prowadzenia.
Drugim etapem był wybór typu
zgromadzenia – czynne czy klauzurowe. Nie miałam predyspozycji do
życia w zewnętrznej izolacji od ludzi, z ograniczeniem kontaktów, absolutną
niemożliwością (jak wówczas sądziłam) normalnej (głośnej) rozmowy z kimkolwiek.
Dopiero kilka dobrych lat temu dowiedziałam się, że jest tam codzienna
rekreacja, gdzie rozmawia się zwyczajnie. Najbardziej mnie jednak odstraszało
to, że z rodziną będę się widzieć tylko przez kraty i nigdy nie będę mogła
odwiedzić najbliższych mi osób. W ten sposób na tyle miałam różnych obaw, że
błyskawicznie wykluczyłam zgromadzenie zamknięte. Wyczuwałam, że moim powołaniem
jest wiele kontaktów, dobrych relacji z wieloma ludźmi. Tak - zgromadzenie
czynne, to było niewątpliwie to – bardzo odpowiednie dla mnie.
Wreszcie etap trzeci – do którego to
konkretnego zgromadzenia mam wstąpić? Na pierwszym planie były ss.
salezjanki, znane mi od najmłodszych lat, bo katechizowały w mojej parafii (do
dziś pamiętam pierwszą moją katechezę z s. Adelą, z piosenką z „pokazywaniem”:
Kto stworzył mrugające gwiazdki?). Potem udział w scholi parafialnej, następnie
w oazie prowadzonej przez te siostry, nawet kilka spotkań dziewcząt w ich domu
(w kilkupiętrowej kamienicy, obecnie wyburzonej zresztą, tuż przy ruchliwej
ulicy), pierwsze refleksje o powołaniu zakonnym z ust s. Zofii. Duch św. Jana
Bosko był mi bardzo drogi, bliski za sprawą kochanych tych sióstr i księży
salezjanów. Dlatego twierdziłam: jeśli nie poznam innego zgromadzenia, idę do
salezjanek! Również znałam, lecz bardziej z widzenia niż z osobistych kontaktów,
ss. Matki Bożej Miłosierdzia mieszkające przy parafialnym kościele, do których
kaplicy chodziłam w piątki na adoracje ku czci Miłosierdzia Bożego. Ale ich
habity i welony nie odpowiadały mi – niewygodne i zbyt obszerne, w mojej ocenie.
Z wielką ufnością przedstawiałam sprawę wyboru zgromadzenia na
modlitwie. I przyszła trochę nieoczekiwanie wyraźna odpowiedź:
ss. boromeuszki w Trzebnicy - w ich pięknym, „klasycznym” klasztorze – jak z
filmu. Jeżeli być w klasztorze – myślałam –to najlepiej w takim
ładnym, sprzyjającym medytacji. Tak! Medytacja, zanurzenie w Bogu w oderwaniu od
tego co przemija, to idea panująca we mnie, kierująca mną. W różnych filmach, na
zdjęciach występowały osoby zakonne właśnie w takich wielkich, nastrojowych
klasztorach. Jakie one są szczęśliwe, na najlepszej z życiowych dróg – byłam o
tym przekonana. Kiedy zacznę nosić habit ? To najlepszy
ubiór dla mnie ze wszystkich możliwych. Lekki, bo bez balastu ziemskich trosk i
z dystansem do tego, za czym ugania się świat!
Trzebnicę z okazałym pięknym klasztorem poznałam za Bożym
zrządzeniem z dorocznych jesiennych pielgrzymek młodzieży do grobu św. Jadwigi,
w których zawsze brałam udział od I klasy ogólniaka począwszy – właśnie w tamtym
czasie moje powołanie krystalizowało się prowadząc po roku do przekonania o nim
i zgody na to. Natomiast czas wstąpienia upatrywałam tuż po studiach, co Pan Bóg
aprobował, dając mi do tego cierpliwość (wg wyraźnego odczucia na modlitwie),
również przy okazji było to po linii nastawienia mojego taty (mającego budującą
pobożność i zażyłość z Bogiem): „Kończ studia i rób, co chcesz”. Właśnie okres
ogólniaka i studiów był czasem mojej wytężonej formacji duchowej.
Powodem wejścia do środka klasztoru były tradycyjne piosenki przy
akompaniamencie gitarowym bpa T. Dyczkowskiego (w sali Henryka), ówcześnie z
Wrocławia, których z entuzjazmem się słuchało i je śpiewało (Przedszkolaczek,
Ballada o pannie Franciszce, O studentach – turystach, Gdy kiedyś Pan, Boża
radość). Widzę teraz, że Pan Bóg nim się posłużył, aby mnie tam „zwabić”, żeby
przekraczając próg klasztoru móc ocenić wielkie walory wnętrza, o jakich wyżej
pisałam. Również odkryłam dużą gościnność i usłużność sióstr – od tamtej pory
korzystałam z pielgrzymkowej zupy.
Czas ogólniaka, a jeszcze bardziej czas studiów traktowałam,
przeżywałam jako okres mego narzeczeństwa, co nadawało
romantyczny charakter mojemu powołaniu - wybraniu do wyłącznej więzi z Jezusem.
Znamienne jest, że to odczucie potęgowało się, gdy widziałam
zakochane pary (a jest ich „cała masa” w dużym mieście i poza nim) mijane,
spotykane często w różnych miejscach. Miałam zawsze przeświadczenie: nie idę
bynajmniej sama – ale zawsze z moim niewidzialnym Narzeczonym, który wciąż jest
ze mną i nie muszę się z Nim z żalem rozstawać po randce – jaki On wielki,
wspaniały, niezawodny! Nie można było wybrać lepiej – przecież On jest sprawcą
wszelkiej miłości, również międzyludzkiej. Czyli potrafi kochać bardziej od
człowieka. Te doświadczenia były świetnym zabezpieczeniem przed możliwym
kompleksem braku czegoś, a raczej kogoś –szczególnie w tym właśnie okresie
młodości, gdy wiele rówieśnic miało już swoich chłopaków, a rodzina i znajomi
wykazywali zainteresowanie, czy ja też już kogoś poznałam.
Codzienna Msza św. w okresie studiów (farmacji) była moją wielką,
realizowaną zawsze potrzebą. W ogóle kierunek studiów był w dużej mierze
zdeterminowany powołaniem zakonnym: studia nie dla przyjemności, ale dające
wiedzę utylitarną.
Pamiętam mój „ślub” w kościele farnym w Poznaniu. Urzekła mnie
atmosfera tamtego wnętrza w półmroku, w kolorach witraży, z piękną architekturą,
dużą przestrzenią, wieloma zakamarkami. Ogarnęła mnie pewna euforia, na kanwie
niezmiennie odczuwanej miłości Jezusa. Taka fala wielkiej emocji.
Skoro się tak kochamy i jesteśmy sobie przeznaczeni na
wieczność, jaka przeszkoda, byśmy tu teraz wzięli ślub? To tylko formalność
oczywiście, ale nadająca wielki splendor, glorię tej tajemnicy miłości, która
wiąże mocno i to na całe życie. Niech ta radość udzieli się też innym – gościom
weselnym! Jedynymi takimi mogło być wówczas parę mijających mnie osób,
zwiedzających kościół tak jak ja. Ciekawe, czy zaobserwowały na mojej
twarzy, w całej mojej postawie to wielkie szczęście? Być może, że coś grały
organy, a ja słyszałam w wyobraźni marsz Mendelsona i inną niebiańską muzykę,
chodząc niczym pijana po całym kościele pośród zwiedzających. Szkoda, że nie
widzą mojego Umiłowanego!
Pierwszą, właściwie jedyną s. boromeuszką, którą poznałam
(napotkaną na korytarzu), była s. Maksymiliana, jak się potem dowiedziałam,
mistrzyni nowicjatu. Powiedziałam o moim zamiarze. Korespondowałam,
uczestniczyłam raz w rekolekcjach w Trzebnicy (jako najstarsza, tj. 24-letnia
uczestniczka). Tuż po studiach (wrzesień 1989r.) poczułam wielkie przynaglenie,
że niezwłocznie muszę iść – nie odkładać absolutnie ani trochę na potem, co było
wielkim impulsem, wręcz popędem, po długim cierpliwym okresie oczekiwania na ten
moment. Właśnie ten czas nadszedł – chwila wielka!
Potem rozmowa z Matką Stellamaris, wyznaczenie pamiętnej dla mnie
daty wstąpienia: 21 listopada 1989r. Jedynym problemem było rozstanie z
rodzicami (dobrze, że blisko – 25 km od Wrocławia), któremu towarzyszyły
niezręcznie skrywane łzy po obu stronach. Ale mocno ufałam w opanowanie tej
nostalgii i się nie zawiodłam na Bożej pomocy, której tylokrotnie doświadczałam
w rozmaitych problemach.
W okresie szybkiej adaptacji prowadziło mnie motto:
„To, co dawne minęło, a oto wszystko stało się nowe” (2 Kor 5, 17).
Przyszedł wreszcie czas na upragniony habit (choć z drugiej strony, o dziwo,
rozstanie ze świeckimi ciuchami nie było całkiem łatwe). Obłóczyny, śluby
pierwsze, czasowe, wieczyste – z pewnością wielkie przeżycie, tym bardziej, że w
dość szerokim gronie sióstr i rodziny, ale to były
tylko formalności „legalizacji” mojego związku z Jezusem, zawartego, gdy
spojrzał z miłością na młodą, ufającą Mu dziewczynę i powiedział: „Pójdź za
Mną!”.
s. M. Klara

...prześladował mnie Swoją Ewangelią, kazał szukać, myśleć, tęsknić... Czy ktoś
wygrał kiedyś w walce z Miłością?...
Żeby opowiedzieć o swoim powołaniu muszę się
cofnąć lata wstecz, kiedy byłam mała dziewczynką. Był to czas, kiedy Jezus był
dla mnie Kimś ważnym. Zawsze wtedy pierwsza biegałam do kościoła, żeby sypać
przed Nim kwiatki, gdy Go noszono ulicami miasta. Wiedział o wszystkim: o zbitej
szybie u sąsiadki, o tym, że nauczycielce pokazało się język i w ogóle o
wszystkich "przestępstwach", umilających życie malucha.
Rosłam szybko i jakoś coraz rzadziej zaczęłam
zaglądać do kościoła. Po prostu brakowało czasu... Zrobiłam się zuchwała,
niecierpliwa. Rozpraszałam tyle energii i siły i gdzie by w tym wszystkim miało
być miejsce dla Chrystusa? Nie wiem, co by się stało, gdyby nie...
Aż trudno uwierzyć jak głęboko może Chrystus
wkroczyć w życie człowieka. Jak mocne i żywe ma argumenty, kiedy Sobie kogoś
upatrzy. Upomniał się o Swoje miejsce w moim życiu. Jak to się stało?
Prześladował mnie Swoją Ewangelią, niepokoił,
kazał szukać, myśleć, tęsknić... i tak zaniepokoił, że w końcu sobie miejsca
znaleźć nie mogłam. Daj mi spokój, Boże - modliłam się z rozpaczą. Dziwne to
chwile, kiedy się w człowieku coś przewraca, burzy...
Czy ktoś wygrał kiedyś w walce z Miłością? Więc i
ja się w końcu poddałam i wstąpiłam do klasztoru. Już kolejny rok chodzę w
habicie i kolejny rok się zastanawiam, kim dla mnie jest Jezus Chrystus. Kim
jest, że ma taką moc nad człowiekiem, że potrafi aż tak wypełnić życie? Tak
bardzo znów nie dorastam do krzyża, do Ewangelii. To że jestem siostrą wcale nie
znaczy, że nigdy juz nie przychodzi mi ochota tupnąć jak dawniej na kogoś lub na
coś. Przyniosłam do klasztoru nie tylko młodość, dobrą wolę i zapał, ale także
cały bogaty repertuar moich wad i słabości. I choć wiele ludzi nie posądza o to
zakonnicę - jestem człowiekiem.
Cierpliwy jest mój Mistrz, wymagający i... lubi
ryzykować. Liczy na moją miłość, młodość, na moje ręce i ludzkie słowo. Tylko
Bóg może Sobie pozwolić na takie zaufanie. Dostałam jeszcze tysiące spraw, za
które mam być odpowiedzialna. Tysiące ludzi. Dostałam nowy Dom, siostry, jakieś
"teraz" i "tutaj" i jeszcze pewność, że nic złego stać sie nie może, bo choć by
się stało najgorsze, On zawsze będzie ze Mną. Obiecał.
s.
M.
Tarsycja
W szkole podstawowej powiedziałam Mamie, że jeżeli będę chciała pójść kiedyś do
zakonu, to niech nigdy mi na to nie pozwoli…
Trudno jest streścić w kilku zdaniach,
jak Pan Bóg potrafi pokrzyżować plany, by osoba, którą umiłował przyszła do
Niego…J
Najlepiej zacząć od początku. W szkole podstawowej powiedziałam Mamie, że jeżeli
będę chciała pójść kiedyś do zakonu, to niech nigdy mi na to nie
pozwoli…marzyła mi się wtedy kariera koszykarkiJ
( co później przerodziło się w chęć zostania lekarzemJitd.
). Kiedy umierał Jan Paweł II „coś” powoli zmieniało się w moim życiu…zaczęłam
zwracać uwagę na rzeczy, które nigdy wcześniej nie przykuwały mojego wzroku…tu
powstał czas zastanawiania się głębiej nad moim życiem…Do tego momentu
„fascynowały” mnie inne „rzeczy”, które teraz wśród młodych ludzi są na
pierwszym miejscu…wtedy chciałam poczuć tą dorosłość…nie wiedząc, że niesie ona
za sobą odpowiedzialność… nigdy bym nie pomyślała, że Pan przygotował dla mnie
właśnie tą drogę…
Na początku szkoły licealnej poznałam
chłopaka…dzięki niemu przybliżyłam się do Pana Boga…Marzyliśmy o rodzinie i
wyjeździe na misje do Afryki. W pewnym momencie czułam, że czegoś mi brakuję, że
jest we mnie pragnienie, którego na początku nie mogłam zlokalizować…nie
wiedziałam skąd pochodzi jego źródło…Pewien człowiek z którym często
„rozmawiałam” zaczął mnie w szczególny sposób uwrażliwiać na realia dzisiejszego
świata….Zaczęłam chodzić na dni skupienia do sióstr felicjanek (które mieszkają
w moim mieście), by na chwilę się zatrzymać i wsłuchać w ciszę…oglądałam strony
internetowe z różnymi zgromadzeniami bojąc się, że zaraz do pokoju wejdzie MamaJ,
która nic nie podejrzewała…J
Za każdym razem kiedy otwierałam Pismo Święte otwierało się na słowach, które
były jednoznaczne i tak bardzo wyraźne…W czasie kiedy się to działo, Pan Bóg
doświadczał mnie na różne sposoby…przez różnych ludzi…Zaczęłam dostrzegać w
drugim człowieku obecność Jezusa…Wtedy zaczęła kiełkować szczera chęć służenia
ludziom, którzy mnie potrzebują, którzy już od dawna byli postawieni na mojej
drodze…
Podczas kolonii dla dzieci organizowanej
przez moją parafię. W czasie jednego ze spacerów usiadłam na trawie…wtedy nie
wiedziałam co mam zrobić…tyle myśli, a zarazem pojawiające się
wątpliwości….Powiedziałam „Panie jeżeli chcesz żebym kroczyła tą drogą, to
powiedz mi to teraz…” nigdy nie zapomnę jak po wypowiedzeniu w sercu tych słów,
przez kilka sekund zaczął wiać mocny wiatr…którego w tym dniu w ogóle nie
było…wtedy oprócz radości pojawił się również spokój…W sierpniu przez kilka
ostatnich lat kiedy chodziłam w pieszej pielgrzymce na Jasną Górę. Dowiedziałam
się, że Siostry Boromeuszki, które żyją w Trzebnicy są Siostrami Miłosierdzia...
składając właśnie ślub miłosierdzia Siostry poświęcają się nieodwołalnie tej
służbie, aby lepiej pomagać ludziom w ich potrzebach…Mimo tego , że
zastanawiałam się jeszcze nad innymi zgromadzeniami…czułam już wtedy, że Pan
przygotował mi tu miejsce…Jadąc drugi raz do Sióstr wróciłam już jako
aspirantka…(o czym rodzice nie mieli pojęciaJ
).
Teraz jestem w postulacie…gdybym miała
wybierać jeszcze raz, którą drogą mam kroczyć…podjęłam bym tą samą decyzję…Wiem,
że to dopiero początek… i jeszcze wiele przede mną … ale z całą pewnością mogę
powiedzieć, że warto żyć dla tej Miłości!!! Życzę każdej osobie odnalezienia
swojej drogi!!! Powołanie to marzenie Boga o życiu człowieka….
s.
M. Paula
...Kleryk
powiedział, że jest taki przesąd, że dziewczyna, która założy sutannę zostanie
siostrą zakonną…hahaha….nie wierzę w przesądy, ale jakoś dziwnie szybko oddałam
mu jego własność...
Kościół parafialny, widziany z okna mojego domu, niezbyt
umiłowany w dzieciństwie (w sensie uczestniczenia we Mszy Świętej) w pewnym
momencie zaczął stawać się mi bliski. Myślę, że ważną rolę w tej zmianie odegrał
zespół religijny, w którym zaczęłam śpiewać, i że w obowiązku przychodzenia i w
wielkiej radości ze śpiewania było wiele „Dotyku Boga”. On chyba już wtedy
zaczął mnie przemieniać…
Dochodząc do zdania, że z pewnością mam dwie drogi, którymi mogę
podążyć: małżeństwo i zakon, wolałam mimo wszystko pozostać na tej pierwszej
drodze. Kiedy po raz pierwszy przyjechałam na rekolekcje do Sióstr Boromeuszek w
2000 roku wtedy „ziarnko rozeznania Bożego powołania” zostało zasiane. Niemniej
jednak schowane do ciemnych zaułków mojego środeczka, z niemożnością wzrastania…
Tak sobie mijały latka…o rekolekcjach zostały wspomnienia i
zdjęcia…
Na jednej z pieszych pielgrzymek na Jasną Górę „porwałam” wolno
leżącą na polu namiotowym sutannę kleryka, który po prostu zostawił ją na ziemi
przed namiotem. Biegnąc pędem przez całe pole próbowałam ją przywdziać. Kiedy mi
się to udało, kleryk już mnie dogonił. Powiedział, że jest taki przesąd, że
dziewczyna, która założy sutannę zostanie siostrą zakonną…hahaha….nie wierzę w
przesądy, ale jakoś dziwnie szybko oddałam mu jego własność.
Kończyłam szkołę średnią i Bóg przypomniał mi o zasianym ziarnku…wyciągnęłam
je do światła i zaczęło rosnąć…na jednej z Adoracji prowadzonej przez grupę
modlitewną św. Ojca Pio tak bardzo poczułam gdzie jest moje miejsce…i…wystraszyłam
się…a już na pewno założyłam z góry, że jeśli w ogóle to na pewno nie będą to
Boromeuszki. Mój spowiednik poradził "Jeśli nie wiesz na 100% to idź na studia…"
i poszłam :). Minęły koleje dwa lata, szkoła, praca, plany i wczasy pod gruszą…które
chciałam „jakoś” spędzić. Weszłam na stronę Sióstr i zobaczyłam, że są
rekolekcje w Polanicy. Stwierdziłam, że pojadę, potem, że może jednak nie i w
ostateczności pojechałam.
I właśnie tam, podczas walki z przeziębieniem, z koniecznością
zostania w łóżku, pozwoliłam mojemu ziarenku urosnąć na tyle, że zobaczyłam jaki
jest plan Boży wobec mnie. Pomógł mi w tym Gedeon i jego runo :).
Kompletnie nie wiedziałam co z tym zrobić, ale uczucie dotyku
Boga było tak silne, że nie pragnęłam już ucieczki, nie wiedziałam jednak co z
tym zrobić dalej. Na pomoc przyszła siostra Jana.
I tak od 18 czerwca 2009 roku jestem nowicjuszką:)
Bóg w moim przypadku był (i chyba jest do tej pory :)) bardzo
cierpliwy.
s.
M. Otylia

Zakonnicą? Akurat, po
moim trupie!
Myślę, że ciężko jest opisać powołanie w kilku słowach. Moje było
dość długim procesem...
Zaczęło się jeszcze może w przedszkolu; gdy bawiłyśmy się z
koleżankami w ślub, ja zwykle byłam księdzem (kto by tam chciał brać męskie
role:-)
Z okresu szkoły podstawowej pamiętam proboszcza mojej parafii.
Był on człowiekiem raczej poważnym, jednak kiedy mnie spotykał, podchodził i po
mocnym uściśnięciu i pogłaskaniu (mało mnie nie udusił) mówił: "Marysia, ty
będziesz zakonnicą!" Ja odpowiadałam mu wtedy w myślach: "Akurat, po moim
trupie!" Dopiero niedawno stwierdziłam, że coś w tym było.
Chwile później nastał w moim życiu okres "ewangelicznego syna
marnotrawnego", może raczej w moim przypadku "marnotrawnej córki". Chciałam
zostać policjantką, bo przecież na świecie było tyle niesprawiedliwości - ktoś
musiał się tym zająć! Potem było jeszcze kilka innych pomysłów na własne życie.
Ponoć, jeśli człowiek chce rozśmieszyć Pana Boga powinien tylko opowiedzieć mu o
własnych planach na przyszłość. W moim przypadku sprawdziło się to w 100%.
Pamiętam, że kiedy Jan Paweł II odchodził z tego świata
chorowałam. W niedziele, dzień po jego śmierci, moją parafię odwiedziły Siostry
Miłosierdzia. Jedna z nich miała kazanie. Nie było mnie na tej Mszy. Jednak
pozostawiony przez nie folderek nie dawał mi spokoju. Kiedy zapytałam się Pana
Boga, co w końcu według Niego mam robić, mój wzrok zatrzymał się na tym kawałku
papieru.
Potem byłam na Mszy niedzielnej z mamą, postanowiłam się
skontaktować z siostrami z folderka, który nie znikał z ławki. Nie wzięłam go,
bo nie chciałam by moja mama coś podejrzewała. Wyuczyłam się na pamięć numeru
telefonu (powtarzałam przez pół Mszy, bo mi cyferki nie wchodzą do głowy:-)
Zadzwoniłam dopiero, gdy jakiegoś dnia zostałam w domu sama.
Odebrała siostra, która jak się potem okazało, głosiła kazanie w
mojej parafii (przeznaczenie:-) ). Za raz po "Szczęść Boże" zapytałam "co trzeba
zrobić aby wstąpić do klasztoru" a ona z niezwykłą radością w głosie powiedziała
"trzeba mieć powołanie". Ta radość mi wystarczyła...!!!
s.M. Petra

...„Tego czegoś”
do głowy to na pewno nie dam sobie przykleić…
Przyznaję, że im dłużej realizuję swoje powołanie,
tym bardziej mam świadomość, że jest ono tajemnicą i nie da się go opisać nawet
najbarwniejszymi słowami...
Patrząc jednak od strony ludzkiej, można tę historię
ująć np. tak. Pierwsza, bardziej świadoma myśl o tym, by zostać siostrą zakonną
pojawiła się, gdy miałam 3-4 lata. Razem ze straszą siostrą uczęszczałam na
katechezę dla przedszkolaków. Uczyła nas wtedy siostra szarytka. Patrzyłam na
nią oczarowana. Zapragnęłam by być, jak ona. Gdy jednak przypatrywałam się coraz
bardziej, to stwierdziłam, że „tego czegoś” do głowy to na pewno nie dam sobie
przykleić… Już w najbliższych dniach przeszły mi marzenia o byciu siostrą, bo
stwierdziłam, że najlepiej być sprzątaczką („uwielbiałam” w tym czasie zamiatać
schody i patrzeć na wspaniałe tumany kurzu unoszące się na klatce schodowej).
Wkrótce potem zachciało mi się być piosenkarką, aktorką, itd. W międzyczasie
rosłam, dojrzewałam i nie przestawałam ani na chwilę marzyć i snuć plany na
przyszłość.
Wśród marzeń były i te o miłości wielkiej, gorącej,
prawdziwej, o miłości, która nigdy się nie kończy. Tych najgorętszych marzeń
wysłuchał Bóg. Śniłam oczywiście o jakimś „księciu”, przy boku którego byłabym
szczęśliwa, z którym miałabym kilkoro dzieci (koniecznie „udanych”), z którym
wiodłabym ciche, spokojne, dostatnie życie. Oczywiście też, nie przewidywałam
żadnych „niespodzianek”, żadnych „gorzkich ziółek”. I gdy tak rozpływałam się w
tych „słodyczach”, zaczęło mnie mdlić. Stwierdziłam, że mąż, kilkoro dzieci,
garnki, ogródek, to, co lubię robić…, nie są w stanie wypełnić całej przestrzeni
mojego serca, że ono jest jakby „większe”…
Pewnego dnia na katechezie dowiedziałam się, że
podczas ferii zimowych organizowane są w Trzebnicy rekolekcje dla dziewcząt.
Wiedziałam o istnieniu klasztoru w Trzebnicy od mojej starszej siostry, która
trafiła tam kiedyś na oazę wakacyjną. Informacja o rekolekcjach wystarczyła, bym
poczuła się „przymuszoną wewnętrznie” do wzięcia udziału w nich. Pragnienie było
tak silne, że udało mi się pokonać wszystkie przeszkody. Pojechałam. To były
pierwsze i ostatnie rekolekcje, jakie przeżyłam przed wstąpieniem. Byłam od razu
gotowa rzucić szkołę i rozpocząć życie zakonne, o którym nie miałam praktycznie
zielonego pojęcia. Resztka „rozsądku” kazała mi poczekać przynajmniej do
wakacji. Zaczekałam, choć czas dłużył mi się bardzo. I wtedy zaczęły pojawiać
się wątpliwości: nie wiedziałam, co mam robić. Z jednej strony byłam gotowa iść
za głosem powołania, a z drugiej – szukałam pewnego znaku potwierdzającego, że
właśnie taka jest Jego wola. Chyba wszystkie moje modlitwy w tym czasie
dotyczyły jednego: „Panie, daj mi poznać, co chcesz, abym czyniła”. Zazwyczaj,
jakby odruchowo trafiałam wtedy przed obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy, by
za Jej pośrednictwem szukać odpowiedzi…
Mijały wakacje, bogate w wydarzenia i bardzo
burzliwe, bo były terenem walki szatana o moją duszę. Z jednej strony pragnienie
życia zakonnego, z drugiej przyjemności, znajomości, brak tej 100%-ej pewności,
że to właśnie moja droga. Swoista duchowa schizofrenia. Czułam, że tak dłużej
nie można żyć. Czułam, że muszę zdecydować. Muszę wybrać już! Teraz! Sama (tak
mi się wtedy wydawało) postanowiłam, że decyzję muszę podjąć do najbliższej
środy. Dlaczego akurat do środy? (Teraz wiem, że właśnie w środy odprawiała się
nowenna do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, przed Której obrazem modliłam się o
poznanie Bożej woli). Gdy przyszła owa środa… Nie wiem, jakim cudem udało mi się
ją przeżyć. Co więcej, nie wiem, jak udało się przeżyć ten dzień mojej rodzinie.
Przypominałam chyba wtedy wulkan, który po długim śnie, uaktywnił swoje moce.
Kipiałam! Wreszcie, popołudniu wyrzuciłam z siebie gorącą lawę: „Mamo, pójdę
dziś do kościoła” (Dodam, że do kościoła - być może ze względu na dość dużą
odległość - w dni powszednie nie chodziłam i teraz to nie pobożność tak we mnie
nagle wzrosła, ale konieczność wzięcia od proboszcza opinii, tzw. świadectwa
moralności, wymaganego przy przyjęciu do klasztoru).
Trzeba było widzieć przerażone oczy mojej Mamy, gdy
usłyszała te pozornie nic nie znaczące słowa. Od razu zaskoczyła, że coś ze mną
nie tak. Domyśliła się, bo już wcześniej coś przebąkiwałam o klasztorze. Chyba
spanikowała: „Zobaczysz, wszystko powiem ojcu, jak wróci z pracy!”.
Rzeczywiście, Tato wrócił niebawem i już na progu usłyszał: „Wiesz, że Aśka
(moje chrzcielne imię) chce iść do klasztoru”. Tato, wówczas podoficer Wojska
Polskiego, zaczął trochę się ze mnie naśmiewać (chyba zresztą słusznie, bo nie
byłam idealnym materiałem na siostrę zakonną). Kiedy jednak zorientował się, że
to nie są żarty z mojej strony, spoważniał. Dziś dopiero doceniam to, że pomimo
moich niewielu lat, potraktował mnie wtedy poważnie: „Przemyślałaś to? To idź,
to twoje życie, twoje szczęście…”
Tego dnia, gdy wypowiedziałam – zdawałoby się – mało
znaczące słowa: „Mamo, pójdę dziś do kościoła”, nastąpił zwrot w moim życiu.
Kipiący wulkan mego serca w jednym momencie stał się oazą ciszy pokoju. To była
odpowiedź Pana...
s. M. Ewa
Gdy
słyszałam, o jakiej porze siostry są już na modlitwie, byłam niepocieszona...
Pamiętam, że kiedyś przed wstąpieniem do klasztoru
otwarłam szafę z ubraniami. Było ich tam sporo. Zrobiło mi się żal, gdy
pomyślałam sobie, że za niedługo mój strój będzie tylko jedno- lub dwukolorowy i
że już nie będę się mogła stroić. Dzisiaj wstydzę się tamtych myśli, bo dziś
wiem, że jestem przyodziana w szatę Chrystusa.
Bardzo ciężko przyszło mi opuścić moich bliskich.
Pierwsze dni mocno walczyłam z tęsknotą. Wydawało mi się, że krzywdzę moich
rodziców, zostawiając ich samych, choć przecież tak nie było. Dzisiaj wiem, że
są szczęśliwi, mimo, że rozstanie nie było łatwe i razem ze mną dziękują Bogu za
łaskę mojego powołania. Bardzo ich kocham i ogarniam ich stale moją modlitewną
pamięcią.
Ze wstawaniem nie miałam w domu większych problemów,
ale też rzadko musiałam zrywać się z łóżka przed godziną szóstą. Gdy słyszałam,
o jakiej porze Siostry są już na modlitwie, byłam niepocieszona, bo wydawało mi
się to takie trudne. Obecnie moja wspólnota gromadzi się w kaplicy o godz. 5.10. Kaplica mieści się pod jednym dachem, więc nie muszę z samego rana wychodzić z
domu. Myślę za to o tych wszystkich, których widzę z okna jak zdążają już do
pracy nie zważając na pogodę i inne utrapienia oraz o tych, którzy całą noc
pracowali. Wieczorem rzadko udaje mi się chodzić wcześnie spać, ale gdy ofiaruję
wykonane prace Chrystusowi – On zawsze napełnia mnie nowymi siłami bym nadal
mogła Mu służyć, mimo krótkiego odpoczynku.
Ty, moja Droga, masz na pewno jeszcze wiele innych
problemów, ale chcę Cię zapewnić, że Chrystus znajdzie radę na każdy z nich,
jeśli tylko mu zaufasz. Z Nim pokonasz wszelkie trudności. On wymaga od Ciebie
bardzo niewiele, a za wszystko stokrotnie wynagradza. Chce przede wszystkim, byś
zechciała być wyłącznie Jego, do Jego dyspozycji, pójść tam, gdzie Cię pośle, do
prac i zajęć, które być może nie zawsze będą Ci sprawiały przyjemność. Chce byś
Go we wszystkim naśladowała, byś była dla wszystkich dobra i miłosierna, byś
wiernie wypełniała Jego wolę. Chrystus już wybrał. Teraz czeka na Twoją decyzję,
na Twoje „tak”. Modlę się za Ciebie, byś nie żałowała Mu swojej urody, swoich
bogactw, a czasami i zwykłych drobnostek, swoich zdolności, a może i dobrej
pracy, której, zresztą, w klasztorze też nie brakuje. Bądź jedynie gotowa do
umiłowania Chrystusowego Krzyża.
s. M. Dorota
Gdyby
pół roku temu ktoś mi powiedział, że pójdę do klasztoru, to na miejscu bym go
zniszczyła...
...Od kiedy pamiętam, miałam różnego rodzaju
marzenia, że będę piosenkarką, sklepową, lekarzem, itd. Przez te marzenia
przewinęło się i to, że chciałam zostać siostrą zakonną. Moja babcia bardzo tego
pragnęła, a mama wspominała, że gdy się urodziłam, to przy narodzinach
asystowała siostra zakonna, która pracowała w szpitalu i była pielęgniarką. To
właśnie to dzięki niej się urodziłam i żyję, dlatego, że jakoś nie kwapiłam się
z przyjściem na ten świat i groziło mi uduszenie. Jednak Pan Bóg miał inne
plany, co okazał stawiając już na początku mojej drogi życia tę siostrę. Ona
zrobiła wszystko, bym żyła i – jak ponoć wtedy powiedziała – kiedyś ją
zastąpiła.
Tyle było wspomnienia mamy, a czas nieubłaganie
płynął naprzód.
Przyszły pierwsze życiowe wybory. Trzeba było wybrać
szkołę ponadpodstawową, a ja wciąż nie wiedziałam, co chcę w życiu robić. W
Nysie było wiele szkół. Tato mówił, że mogę pójść do każdej, do jakiej zechcę,
tylko nie do liceum, bo po ogólniaku nie będę miała zawodu. Wtedy swoimi
modlitwami zaczęłam bombardować Niebo. W „Drodze do Nieba” znalazłam modlitwę o
dobry wybór stanu i z tą modlitwą już się nie rozstawałam. W tym też czasie
bardzo zraziłam się do sióstr zakonnych, które były w naszej parafii i o żadnym
klasztorze nie mogło być mowy.
Przyznam się, że również w tym okresie bardziej
zaczęłam zwracać uwagę na chłopców, z którymi umiałam się lepiej dogadać niż z
dziewczynami. Nie wykluczałam, że w przyszłości któryś nich zostanie moim mężem
i ojcem moich dzieci, których zawsze chciałam mieć całą gromadę.
Wracając jednak do wyborów, wbrew wszystkiemu i
wszystkim wybrałam liceum – dział biologiczno-chemiczny. To był mój pierwszy
wybór, wybór, którego już po egzaminach żałowałam, ale skoro tak sama
zdecydowałam, musiałam z tym się uporać.
Niestety, gdy byłam na początku II klasy liceum, do
naszej parafii przyjechała Siostra Samuela, która opowiadała o Zgromadzeniu
Sióstr Boromeuszek i zapraszała na rekolekcje do Otmuchowa. „Co mi szkodzi?” –
pomyślałam. Zabrałam moją siostrę Beatę i jeszcze kogoś (nie pamiętam) i
pojechałyśmy do tego Otmuchowa. Rekolekcje były fajne, gorzej było później. Gdy
nadszedł czas odjazdu, zaparłam się, jak baran, płakałam, jak owca, że nigdzie
nie jadę i zostaję z siostrami.
Po pertraktacjach doszłam do wniosku, że muszę
wrócić do domu, a do sióstr zawsze mogę przyjechać, przecież to tylko 30 minut
od domu. W tym właśnie momencie Pan Bóg chwycił mnie bardzo mocno. Gdyby pół
roku temu ktoś mi powiedział, że pójdę do klasztoru, to na miejscu byłabym go
zniszczyła. A tutaj taka odmiana. O niczym nie myślałam, tylko o tym żeby iść do
klasztoru. Ale jak to zrobić? Wiedziałam, że „góry” dopiero się zaczną. Przecież
miałam dopiero 17 lat. Powiedziałam mamie, że chcę iść do klasztoru (tacie nie
ważyłam się tego powiedzieć, bo z góry wiedziałam, co powie. Mama na początku
się śmiała, ale gdy widziała, że to nie żarty, zaczęła płakać i powiedziała o
wszystkim tacie. Wcale nie zdziwiłam się jego reakcji. Nie było mowy o żadnym
klasztorze, dopóki nie skończę szkoły, a potem mieliśmy dopiero zobaczyć, co
będzie dalej.
To wszystko było wstępem do tego, co wydarzyło się
później. W każdym razie, ja zaczęłam modlić się o to, by zostać siostrą zakonną,
jeżeli tego chce Pan Bóg. Rodzice nie zabraniali mi uczestniczenia w
rekolekcjach, które odbywały się w Trzebnicy. Z tych rekolekcji wracałam
całkowicie pewna, czego chcę.
Byłam w tym czasie bardzo uparta i ciągle marudziłam
o klasztorze, a tu nic, i nic.
Pan Bóg jednak mnie nie opuścił. A dopomógł mi w tym
wujek, który pomysłowi z klasztorem był przeciwny i wymyślał takie argumenty, że
sam diabeł by lepszych nie wymyślił. A ja uparcie stałam przy swoim, choćby nie
wiem, co i tak pójdę do klasztoru. W tym momencie dołączył się tato, którego
chyba oświecił Duch Święty i zakończył całą dyskusję stwierdzeniem, że to moje
życie i to ja mam być szczęśliwa. Wiedziałam – teraz mam już pozwolenie i trzeba
zabrać się do roboty. Przygotowania nie były łatwe, wszystko robiłam w ukryciu,
w czym bardzo skrzętnie przeszkadzali mi moja siostra Beata (dziś także siostra
zakonna) i brat Janusz. Cóż też oni na mnie nie wymyślali, ale z czasem
przyzwyczaili się do tej myśli, że będą mieć w rodzinie „pingwina”. Gdy
przyszedł koniec roku szkolnego po drugiej klasie, tak, aby nikt nie wiedział,
wybrałam papiery ze szkoły i zawiozłam je do Otmuchowa do sióstr, aby one oddały
je w Trzebnicy. W tym momencie klamka zapadła. W domu powiedziałam, że papiery
oddane, a w połowie sierpnia jadę do Trzebnicy na rekolekcje i zostaję w
klasztorze.
I tak oto nadszedł ten dzień, w którym przekroczyłam
progi klasztoru i zostałam przyjęta w poczet kandydatek. Był to dzień 24
sierpnia 1986 r.
Zaczęła się nowa droga mojego życia. Tu, w
Trzebnicy, dowiedziałam się, że to nasze siostry pracowały w szpitalu w
Głuchołazach, w tym czasie, gdy się urodziłam. Zaczęłam dopytywać i wkrótce
wszystko się wyjaśniło. Siostrą, dzięki której żyję, była siostra Nerina. Czyż
Bóg nie miał swoich planów w stosunku do mnie? W czasie wybierania zakonnego
imienia przed nowicjatem nie mogłam nie wybrać właśnie tego imienia.
Teraz ja mam być przedłużeniem jej życia. Mam tak,
jak ona nieść to życie innym. Nigdy nie chciałam być pielęgniarką, a w
klasztorze zdecydowano, że nią zostanę. Tej decyzji też nigdy nie żałowałam.
Jestem szczęśliwa tam, gdzie jestem i w tym, co robię, a jeżeli przychodzą
trudności, to od czego jest Pan Bóg?! Tylko z Nim można wszystko pokonać.
„Wszystko mogę Tym, Który mnie umacnia”
s. M. Nerina
|